Surowa pizza Surowego Szefa

Zwykły wpis

Dziś wypróbowałem kolejny przepis z ciekawego bloga Surowy Szef – witariańską pizzę! Przepis zmodyfikowałem jednak, ponieważ sos pomidorowy wydawał mi się zbyt płynny. W ramach eksperymentu “zblendowałem“ więc taką mieszankę:

  • kilka małych pomidorów,
  • ząbek czosnku (można spokojnie użyć dwa),
  • kilka łyżek świeżo zmielonego siemienia lnianego,
  • kilka łyżek mąki (w przyszłości zamierzam zrezygnować z mąki i zagęścić sos samym mielonym siemieniem lnianych),
  • pieprz w ilości odpowiadającej preferencjom konsumenta,
  • szczypta soli.

Efekt wyszedł jak niżej.

Źródło

Reklamy

Tarta egzotyczna

Zwykły wpis

Korzystając z przepisu Surowego Szefa, przyrządziłem mój pierwszy raw deser. Efekt był rewelacyjny (przez co szybko został skonsumowany), więc na pewno nie będzie to mój ostatni raw deser. Trzeba jednak przyznać, że taka pychota jest daleka od diety 80-10-10 (ogromna ilość tłuszczu z orzechów i kokosu), ale co tam – od czas do czasu można (ba, trzeba!) zgrzeszyć ;-).

Źródło

Dieta a wysiłek fizyczny – 1600 km rowerem

Zwykły wpis

Trzy tygodnie temu wróciłem z wyprawy rowerowej na trasie Pszczyna-Hel i z powrotem. Był to zarazem urlop “wypoczynkowy”, test możliwości mojego ciała i konfrontacja diety z długotrwałym wysiłkiem fizycznym. Cała trasa liczyła 1564 km, z czego pierwsza połowa (Pszczyna-Hel) liczyła 860 km i trwała 6 dni, natomiast powrót sprowadził się do przejechania 704 km w ciągu 4 dni.

Oprócz mnie, w wyprawie brało udział dwóch znajomych. Co oczywiste, każdego z nas łączy zamiłowanie do jazdy na rowerze. Zupełnie inaczej wygląda jednak podejście każdego z nas co do diety – ja jestem surowym weganem, kolega Marcin żyje z fast-foodów, natomiast znajomy Jerzy stosuje dietę standardową.

 

Krótki przegląd wyprawy:

  • Dzień I – 14.07.
    Dystans: 148 km.
    Pogoda: słonecznie, silny wiatr czołowy, noc deszczowa.
    Posiłki: 1.5 kg bananów, kilka małych pomidorów, fasolka szparagowa, ogórek, pietruszka, jarmuż, nać selera, jabłko, 1 kg agrestu, mango, 2 mandarynki i 1/4 średniego arbuza.
    Samopoczucie przed snem: bardzo dobre.
  • Dzień II – 15.07.
    Dystans: 126 km.
    Pogoda: większość dnia – deszczowo , wieczorem – pochmurnie.
    Posiłki: 2.5 kg bananów, 2 jabłka, gorzka czekolada, paczka wafli ryżowych, 0.5 kg winogron, 6 nektaryn i 2 garści solonych orzeszków ziemnych.
    Samopoczucie przed snem: dobre – zmęczenie znikome.
  • Dzień III – 16.07.
    Dystans: 149 km.
    Pogoda: słonecznie z przejściowym zachmurzeniem.
    Posiłki: banany, solone orzeszki ziemne, morele, brzoskwinie, ogórek, sałata lodowa i pomarańcze.
    Samopoczucie przed snem: przeciętne z powodu niewygodnej odzieży. Sił pod dostatkiem.
  • Dzień IV – 17.07.
    Dystans: 162 km.
    Pogoda: słonecznie.
    Posiłki: banany, 2 paczki wafli ryżowych i duża chałwa (po której nie czułem się najlepiej…).
    Samopoczucie przed snem: dobre, choć byłem bardzo zmęczony.
  • Dzień V – 18.07.
    Dystans: 136 km.
    Pogoda: słonecznie z przejściowym zachmurzeniem.
    Posiłki: banany, brzoskwinie i wafle ryżowe.
    Samopoczucie przed snem: dobre, choć pagórkowaty teren był wymagający i męczący.
  • Dzień VI – 19.07.
    Dystans: 139 km.
    Pogoda: pochmurna, noc deszczowa.
    Posiłki: owoce (głównie banany), orzechy i wafle ryżowe.
    Samopoczucie przed snem: bardzo dobre.
  • Dzień VII – 20.07 (odpoczynek).
    Dystans: n/d.
    Pogoda: słonecznie.
    Posiłki: dużo owoców i porcja frytek.
    Samopoczucie: rewelacyjne – relaksujące spacery, bieg wzdłuż wybrzeża, kąpiel w morzu.
  • Dzień VIII-XI – 21.07-24.07.
    Dystans: kolejno 174, 185,195, 150 km.
    Pogoda: cały czas słonecznie i bardzo ciepło.
    Posiłki: niemalże same banany, wafle ryżowe i sezamki, okazjonalnie inne owoce.
    Samopoczucie przed snem: dobre lub bardzo dobre, ale każdego dnia czuć było wyraźne zmęczenie.

Jak widać z przeglądu trasy, dieta składała się głównie z surowych owoców (w sumie naliczyłem 36 kg samych bananów). Podczas powrotu, z powodu ograniczonego zapasu gotówki zmuszony byłem zwiększyć ilość jedzenia wegańskiego (wafle ryżowe i sezamki), jednak i tak podstawą każdego dnia były banany (co za magiczny owoc).

Zapewne nieraz słyszeliście od ludzi będących na diecie standardowej powiedziałoby zapewne, że surowa lub nawet wegańska dieta nie jest w stanie dostarczyć wystarczających zapasów sił. Tymczasem okazało się, że jako jedyny uczestnik wyprawy zachowałem swoją wagę. Przed wyjazdem ważyłem 72 kg – tyle samo co po powrocie. Zdumiało mnie to lekko, ponieważ nasz przewodnik – Jerzy – zapewniał, że na takich trasach zawsze traci kilka kilogramów. Jak widać jednak, każdą dietą można zaspokoić zapotrzebowanie kaloryczne; nie liczy się dieta, tylko ilość spożywanych pokarmów.

Podsumowując: wyprawa była satysfakcjonująca i pouczająca. Zachęciła mnie również do brania udziału w kolejnych tego typu wypadach rowerowych (ktoś chętny do towarzystwa?). Na przyszły rok planuję jeszcze dłuższą wyprawę, ale o tym innym razem Uśmiech.

Witarianizm – moje doświadczenia

Zwykły wpis

Minęły ponad 2 miesiące od ostatniego wpisu. Brak aktywności na blogu mógłbym zwalić na zbyt małą ilość dostępnego czasu, ale w gruncie rzeczy nie byłaby to prawda. Cisza wynikła po części ze zmiany diety, a po części z lenistwa.

Kiedy publikowałem ostatni wpis (koniec maja), byłem już w trakcie migracji z weganizmu na witarianizm. Zmianę diety planowałem od wielu miesięcy. W ramach przygotowań przeczytałem fantastyczną książkę ”The 80/10/10 diet”, napisaną przez Dr. Douglas Graham, a także systematycznie zwiększałem zjadaną ilość surowego jedzenia (przede wszystkim owoców). W końcu, pod koniec kwietnia, postanowiłem ostatecznie zmierzyć się z nową dietą.

Spodziewałem się, że zmiana diety będzie większym wyzwaniem, zarówno dla organizmu, jak i dla mojej świadomości. Jak się jednak okazało, migracja w stronę witarianizmu nie spotkała się z jakimikolwiek nieprzyjemnościami (no chyba, że weźmiemy tu pod uwagę zawartość portfela, ale o tym później). Przez pierwszy tydzień czułem się tak jak zawsze. Nie było ani zmiany na lepsze, ani na gorsze (co często zdarza się u osób, które nagle, radykalnie zmieniają dietę). Podczas uprawiania sportu również nie doświadczyłem zmian. Jednakże z upływem kolejnych dni zacząłem zauważać, że przybywa mi energii, co szczególnie objawiało się podczas aktywności fizycznej. Po miesiącu bycia “surojadkiem” mogłem pozwolić sobie na codzienne bieganie po kilkanaście kilometrów, a także regularne jeżdżenie rowerem po kilkadziesiąt kilometrów. Czas regeneracji organizmu uległ po prostu wyraźnej redukcji, co pozwoliło mi na częstsze treningi. Mimo zwiększonej aktywności fizycznej, waga pozostała bez zmian. Skrupulatnie liczyłem ilość konsumowanych kalorii, dbając przy tym o zalecany stosunek węglowodanów do białka i tłuszczy. Może brzmi to nieco ekstremalnie, ale tak naprawdę liczenie kalorii dawało mi wiele frajdy (w końcu jestem programistą – zamiłowanie do liczb mam we krwi Puszczam oczko).

Sielanka nie trwała jednak długo – po 1.5 miesiąca zmuszony zostałem do porzucenia “czystego” witarianizmu. Nie dlatego, że zacząłem się czuć gorzej, czy też z powodu jakiejś choroby. Problemem okazały się koszty diety, którym nie byłem w stanie sprostać Smutek. Wydawanie ok. 1000 zł miesięcznie na jedzenie to zdecydowanie za dużo jak na moje możliwości. Przez ostatni tydzień spożywania wyłącznie surowego jedzenia, ze względu na niewystarczającą ilość środków pieniężnych potrzebnych na zakup odpowiedniej ilość pożywienia, schudłem 5 kg. Sednem problemu był oczywiście fakt, że mimo biedy nadal byłem bardzo aktywny fizycznie. Było to działaniem całkowicie świadomym, gdyż chciałem sprawdzić, jak organizm zareaguje na brak wystarczającej ilości jedzenia (tu ciekawostka: reakcji organizmu nie było, przez cały tydzień sił miałem cały czas tyle samo, jedynie waga leciała w dół).

Koniec końców z rozsądku postanowiłem zmienić dietę, odkładając witarianizm do czasu, aż będę w stabilnej sytuacji  finansowej. Nie oznacza to jednak, że wróciłem do poprzedniej diety. Zamiast tego postanowiłem zastosować jak to określam – semi-witarianizm (tak naprawdę to jestem po prostu weganem, ale dla pociechy nazywam to semi-witarianizmem Uśmiech z językiem). Moja obecna dieta różni się od czystego witarianizmu tym, że regularnie jem gotowane ziemniaki oraz zboża/kasze/ryż. Po prostu włączyłem do diety tanie źródło kalorii. Jednocześnie nadal staram się jeść jak najwięcej surowych owoców i warzyw (szczególnie liściastych). Staram się dbać również o stosunek węglowodanów do białka i tłuszczy, tak jak zaleca dr Graham. Nie ma jednak co ukrywać, że nie mam takiego poziomu energii jak w czasie witarianizmu. Pogodziłem się z tym jednak i traktuję całą tą sytuację jako motywację do zmian, które i tak miałem w planach.

Choć póki co nie jestem surojadkiem, postaram się w najbliższej przyszłości napisać co nieco o witarianiźmie, bazując na informacjach zawartych w książce dr Grahama.

Wegańskie ciasteczka z okary i sezamu

Zwykły wpis

Znalezienie przepisu na przepyszne ciasteczka z okary to niemalże to samo co odkrycie świętego Graala. Po wielu miesiącach eksperymentów z kolejnymi wariacjami przepisu, w końcu udało mi się opracować idealny sposób na wykorzystanie okary. Nie ukrywam, że przepis nie powstałby zapewne bez pomocy mojej mamy, tak się podziękowania dla niej Uśmiech.

Składniki:

  • 350 g okary (ok. 2 szkl.),
  • 1/4 szkl. oleju,
  • 2 szkl. mąki kukurydzianej,
  • 1 szkl. cukru,
  • 1/2 szkl. sezamu,
  • 2 łyżki cukru waniliowego,
  • kilka kropel olejku arakowego.

Sposób przygotowania:

  1. Składniki suche, tj. mąkę, cukier (waniliowy i zwykły) i sezam, dokładnie mieszamy w misce.
  2. Dodajemy okarę, olej oraz olejek. Raz jeszcze mieszamy.
  3. Formujemy ciastka i kładziemy je na posmarowanej olejem blasze.
  4. Pieczemy co najmniej 30 minut w temperaturze 180°C (150°C w przypadku termoobiegu). Po 30 minutach należy sprawdzić, czy ciastka zaczynają brązowieć. Jeśli tak, wyciągamy je z piekarnika.

Wegański drożdżowiec z kardamonem

Zwykły wpis

Minęły ponad trzy tygodnie od ostatniego wpisu – nieładnie. Przyznam, że po części wynikło to z lenistwa, a po części z intensywnej aktywności fizycznej. Niewątpliwie do przerwy przyczyniła się również zmiana diety z weganizmu na witarianizm (a dokładnie 80/10/10), ale to grubsza sprawa, więc zacznę od nadrabiania zaległości.

Dziś na tapecie jest drożdżowiec z kardamonem. Trochę dziwny w smaku, na pewno oryginalny, ale warty chociażby wypróbowania. Dla miłośników wypieków drożdżowych jest to pozycja obowiązkowa.

Składniki:

  • Ciasto:
    • 50 g świeżych drożdży,
    • 1 szkl. mąki pszennej zwykłej,
    • 2 szkl. mąki pszennej razowej,
    • 1 szkl. napoju sojowego,
    • 1/2 szkl. cukru,
    • 1/2 szkl. oleju,
    • 1 łyżeczka cukru waniliowego,
    • 1 łyżeczka zmielonych ziaren kardamonu,
    • 2-3 jabłka.
  • Kruszonka:
    • 1 szkl. maki pszennej (zwykłej lub razowej),
    • kilka łyżek cukru,
    • nieco oleju i wody.

Sposób przygotowania:

  1. Drożdże rozdrabniamy w misce i zasypujemy cukrem. Po rozpuszczeniu się drożdży dodajemy ciepłego napoju sojowego i mieszamy zawartość miski. Odstawiamy miskę pod przykryciem w ciepłe miejsce na 30 minut.
  2. Po odczekaniu wyciągamy miskę i dodajemy powoli pozostałe składniki, czyli mąkę, olej (najlepiej lekko podgrzany), cukier waniliowy oraz kardamon. Stopniowo dodając brakujące składniki wyrabiamy ciasto i ponownie odstawiamy je na 45 minut w ciepłe miejsce.
  3. Wyrośnięte ciasto przekładamy do posmarowanej olejem blachy, równomiernie rozgniatając je na całej jej powierzchni. Na wierzch ciasta kładziemy pokrojone jabłka i sypiemy kruszonkę.
  4. Pieczemy w temperaturze 200°C (170°C w przypadku termoobiegu) przez 40-50 minut.

Inspiracja

Ciasto z 4 mąk i karobu

Zwykły wpis

Uzupełniając zapasy mleka roślinnego, przesadziłem trochę z ilością soi i zamiast 2l, zrobiłem 3l. Trzeba było więc w szybki sposób zużyć część napoju. Spontanicznie upiekłem więc ciasto na bazie 4 typów mąk i karobu, z dodatkiem migdałów. Ciasto okazało się bardzo smaczne, ale z ilością składników trochę przesadziłem – ciasta było tak dużo, że kilka kawałków przetrwało nawet wycieczkę rowerową na trasie Pszczyna-Kraków (2×90 km)

Składniki:

  • 2 szkl. mąki pszennej zwykłej (typ 650),
  • 1 szkl. mąki pszennej razowej (typ 2000),
  • 1 szkl. mąki kukurydzianej,
  • 2 szkl. mąki pszennej Krupczatka (typ 500),
  • 3 szkl. cukru,
  • 1 opakowanie proszku do pieczenia (trochę przesadziłem, 1/2 opakowania w zupełności wystarczy),
  • 1/2 opakowania cukru waniliowego,
  • 12 łyżeczek karobu,
  • 15 łyżek oleju,
  • 3 szkl. napoju sojowego,
  • kilka kropel olejku migdałowego,
  • niecała garść migdałów.

Sposób przygotowania:

  1. Zmieszać w misce suche składniki.
  2. Dodać składniki wilgotne i dokładnie wymieszać.
  3. Przelać do wysmarowanej olejem formy i piec ok. 1 godziny w temperaturze 180°C (150°C w przypadku termoobiegu). Przed wyciągnięciem sprawdzić patyczkiem, czy ciasto jest w środku dobrze wypieczone (to jest ważne!).